Pokazywanie postów oznaczonych etykietą * zielona *. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą * zielona *. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 marca 2018

[053] Bifix: Zielona





Dobry wieczór

            Dzisiaj w moim kubku koło ratunkowe w postaci zielonej herbaty bez dodatków. Tak koszmarnie boli mnie żołądek, że w pracy myślałam, że nie wytrzymam… Po całym dniu głodówki dolegliwości nie ustały, więc ostatnia nadzieja w zielonej herbacie. Recenzja przy okazji, bo nie mam herbaty nieprzeznaczonej na recenzje, a jakąś musiałam zaparzyć.

A więc… Herbata pachnie bardzo nieprzyjemnie. Jeśli ktoś lubi ten specyficzny, gorzki zapach herbaty, to powinien mu się spodobać również i ten aromat, bo herbata jest bardzo mocno wyczuwalna – nie ma żadnego zaciemniacza zapachu w postaci owoców lub innych dodatków – został zapach czystych (mam nadzieję!), zmokłych liści. Bardzo go nie lubię, ale nie powiem, żebym się tego nie spodziewała…

Jeśli chodzi o smak, to również jak na zieloną herbatę jest bardzo mocny. Torebkę należało zalać wodą o temperaturze od siedemdziesięciu do osiemdziesięciu pięciu stopni – u mnie miała osiemdziesiąt – i trzymać we wrzątku od dwóch do trzech minut – ja trzymałam trzy, żeby była mocna i żeby działała tak jak powinna. Po tylu wypitych herbatach już się odrobinę przyzwyczaiłam do tego smaku, ale wciąż nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że go lubię. Nie przeszkadza mi aż tak mocno jak kiedyś, ale wciąż nie jest to coś, co chętnie piłabym dla przyjemności. Smak jest jednak intensywny i wyraźny, a to dla fanów na pewno będzie plusem. Czyli wniosek z tego taki, że jeśli ktoś lubi zieloną herbatę, to Bifix jest całkiem dobrym wyborem – a jeśli ktoś nie lubi, to nie polecam, bo nie da się nie zauważyć, że nie ma tam dodatków…


             
Podsumowując: nie kupię ponownie.
Opakowanie: 8/10 – foliowe, zgrzane, szczelne
Cena: 7/10 – 6.00, w pudełku jest 20 saszetek, czyli 30 gr za sztukę
Zapach: 6/10 – gorzki, intensywny
Smak na ciepło: 8/10 – mocno wyczuwalny, typowy smak zielonej herbaty
Smak na zimno: 7/10 – trochę mniej gorzki

Ocena ogólna: 7/10

wtorek, 16 stycznia 2018

[045] Irving: Ananasowa


(kliknij żeby powiększyć)


Dzień dobry,

            Na moment postanowiłam odstąpić od szybkiej kolejki, bo naszła mnie wielka ochota na ananasową herbatę, której szukałam bardzo długo. W końcu udało mi się na nią wymienić, ale i tak odczekała swoje przed degustacją…

            Ananas to jeden z owoców, które bardzo lubię (w ogóle u mnie prym wiodą owoce z tropików – kokos, ananas, cytrusy…), więc wiązałam duże nadzieje z tą herbatą.

            Jest zielona, więc dodatkowo przyda się po dzisiejszej kolacji w postaci pizzy. Należało parzyć ją w temperaturze od osiemdziesięciu do dziewięćdziesięciu stopni i trzymać w kubku od minuty do dwóch minut. Czyli i temperatura jest niska i czas parzenia krótki. Ja zalałam herbatę wodą o temperaturze osiemdziesięciu pięciu stopni a w kubku trzymałam dwie minuty. Trochę mi było żal pozbywać się torebki z wody, bo herbata pachnie po zaparzeniu cudownie – aż by się chciało, żeby była tak intensywna w smaku jak jest w zapachu. Ponieważ jednak wiem, że przetrzymanie herbaty może skutkować goryczą, to powstrzymałam tę chęć i wyrzuciłam torebkę zgodnie z przepisem.

            Powiem szczerze, że miałam spore obawy przed spróbowaniem tej herbaty, bo tak długo na nią czekałam, że bałam się ewentualnego rozczarowania. Pachniała pięknie, choć po wyjęciu torebki trochę mniej intensywnie niż sama mokra torebka. Smak na szczęście nie okazał się takim rozczarowaniem, jak to czasami bywa, ale sądzę, że mimo wszystko mogłam potrzymać torebkę dłużej w kubku, bo smak po tym przepisowym czasie jest naprawdę delikatny. Nie jest gorzki ani kwaśny, jest lekko ananasowy, ale jakby… rozwodniony. Myślę, że bardziej byłoby go czuć, gdyby to zaparzanie jednak trochę przedłużyć. Miałam tylko jedną saszetkę tej herbaty, więc w najbliższej przyszłości raczej nie sprawdzę, czy dłuższe trzymanie w wodzie sprawi, że smak będzie intensywniejszy, ale zakładam, że tak by się stało. A nawet jeśli nie, o herbata i tak jest bardzo dobra. Chyba trafia na moją listę ulubieńców.

            Dacie wiarę, że dzisiaj mija pół roku od opublikowania przeze mnie pierwszej recenzji? Nie wiem kiedy to zleciało… A za pięć notek będzie konkurs, skoro dodatkowo zbliżamy się do okrąglutkiej recenzji. Już się nie mogę doczekać, a wy?

             
Podsumowując: na pewno kupię ponownie.
Opakowanie: 8/10 – pudełko z saszetkami
Cena: 6/10 – 7.99, w pudełku jest 18 torebek, czyli 44 gr za sztukę
Zapach: 10/10 – ładny, intensywny, prawdziwy
Smak na ciepło: 8/10 – niezbyt intensywny, ale bardzo dobry
Smak na zimno: 8/10 – bez zmian


Ocena ogólna: 9/10

niedziela, 7 stycznia 2018

[042] Malwa: Grejpfrut

(kliknij żeby powiększyć)

Dzień dobry,

            Dzisiaj dla odmiany zielona herbata, bo w momencie pisania tej recenzji wciąż podjadam resztki ciasta, które upiekłam na święta, a ponieważ na co dzień w ogóle nie jem słodyczy (a w okresie świątecznym i poświątecznym jem je trzy razy dziennie), to wspomagam się zieloną herbatą, żeby nie czuć się tak ciężko.

            Okres świąteczny oprócz tego, że pachnie dla mnie pomarańczami, to smakuje grejpfrutami, bo to chyba od paru lat moje ulubione owoce. Oprócz trzech kawałków ciasta dziennie jem dodatkowo po jednym grejpfrucie, bo lubię, a zimą smakują najlepiej. Miałam w swoich zbiorach herbatę ze skórką grejpfruta i trawą cytrynową, więc uznałam, że to najlepszy czas, na skorzystanie z niej.

            Herbatę należało zalać wodą o temperaturze dziewięćdziesięciu stopni i trzymać w kubku od dwóch do trzech minut. Zielona herbata poza tym, że nie jest tak gorzka jak czarna ma jeszcze i tę zaletę, że potrzebuje krótkiego czasu parzenia. Wadą jest to, że trzeba wiedzieć kiedy woda ma dziewięćdziesiąt stopni – szczególnie gdy ma się zwykły czajnik, a nie elektryczny z możliwością ustawienia temperatury, do jakiej ma podgrzać wodę. Ja więc za każdym razem doprowadzam wodę do wrzenia, a później studzę do odpowiedniej temperatury – korzystając z tych resztek wiedzy fizycznej, jakie zostały mi w głowie po lekcjach w gimnazjum. To z kolei kłopotliwa wada zielonych herbat, ale nie można mieć wszystkiego… ;)

            Herbata po zaparzeniu niestety nie pachnie grejpfrutem, trawą cytrynową też nie, mimo że obie te rzeczy ma w składzie. Gdybym miała z czymś porównać zapach, który wyczułam, to byłaby to… Papierowa torba po cemencie :D To strasznie ciekawe – oto jak zwykła herbata potrafi przypomnieć zapachy sprzed lat! Ten sam zapach czułam, gdy dom rodziców kończył się dobudowywać, a w garażu zamiast samochodu stały worki z cementem oraz worki po nim :D

            W smaku niestety herbata jest jeszcze gorsza. Jestem bardzo zawiedziona, bo herbata smakuje jak czarna z dodatkiem perfum. Jeśli komuś z was przy rozpylaniu perfum zdarzyło się odrobinę połknąć, to na pewno skojarzy ten smak. Próbowałam sztuczki z cukrem, ale nie pomogła, czyli ogólnie dość kiepsko. Nie polecam, są lepsze w tej cenie!

           
                         
Podsumowując: na pewno nie kupię ponownie.
Opakowanie: 5/10 – papierowe saszetki
Cena: 6/10 – 4,00 zł, w pudełku jest 20 torebek, czyli 20 gr za sztukę
Zapach: 2/10 – kiepski, niezgodny z opisem
Smak na ciepło: 3/10 – niezgodny z opisem, niezbyt dobry
Smak na zimno: 3/10 – nadal niedobry


Ocena ogólna: 3/10

czwartek, 28 grudnia 2017

[039] Herbapol: Kwitnąca wiśnia

(kliknij żeby powiększyć)

Dzień dobry,

            Myślałam, że mam więcej świątecznych smaków do przetestowania, ale okazało się, że nie znalazłam w pudełku żadnego innego, więc zamiast świątecznego smaku będzie owocowy. Jest to nowy nabytek, który dostałam w kopercie z życzeniami od koleżanki. Nie ma saszetki, więc trzeba ją szybko wykorzystać, poza tym jest zielona – przyda się po świątecznych potrawach i ciastach z bitą śmietaną.

            Herbata pachnie bardzo ładnie, jak delicje wiśniowe. Uwielbiam takie zapachy i zawsze gdy je czuję, to spodziewam się czegoś bardzo dobrego. Nie zawsze oczywiście te moje oczekiwania są spełnione, ale spodziewam się zawsze tego samego ;)

            Herbata jest zielona, więc wyjątkowo nie zalałam jej wrzątkiem, tylko wodą o temperaturze dziewięćdziesięciu stopni (a przynajmniej tak wyszło z moich obliczeń). Trzeba było trzymać torebkę w kubku od trzech do pięciu minut – u mnie jak zwykle siedziała do górnej granicy.

            Smak mnie niestety trochę zawiódł – po zapachu spodziewałam się słodkiej, wiśniowej herbaty. Wiśniowa rzeczywiście jest, ale nie jest słodka. Czuć gorycz, powiedziałabym, że typową dla czarnej herbaty. Tym bardziej jest to dziwne, bo herbata jest zielona… Dosypałam odrobinę cukru i gorycz zniknęła, więc nie jest tak źle, ale ponieważ nie lubię cukru, to oczywiście mogłoby być lepiej.

           Zapomniałam dodać, że z okazji setnej recenzji będzie konkurs z dużą nagrodą do wygrania, a żeby wprawić się w organizowaniu konkursów, to z okazji pięćdziesiątej notki będzie malutki konkursik z małą nagrodą do wygrania. Wymagania też będą małe, więc już teraz polecam śledzić bloga (i komentować recenzje przy odwiedzinach - przyda się do konkursu! :D).
             
Podsumowując: raczej nie kupię ponownie.
Opakowanie: 3/10 – pudełko z torebkami bez saszetek
Cena: 8/10 – 4,85 zł, w pudełku jest 20 torebek, czyli 24 gr za sztukę
Zapach: 9/10 – intensywny, słodki, bardzo ładny
Smak na ciepło: 7/10 – intensywny ale gorzkawy
Smak na zimno: 7/10 – mniej intensywny


Ocena ogólna: 7/10

sobota, 2 grudnia 2017

[036] Irving: Malinowa


(kliknij żeby powiększyć)

Dobry wieczór,
           
            Zachęcona wczorajszą zaskakująco dobrą, choć inną w smaku od spodziewanej, herbatą cytrynową od tej samej firmy, sięgnęłam dziś po malinową z tego samego pudełka, o którym wspomniałam wczoraj. Malinowa herbata, albo herbata z sokiem malinowym, to jest coś, co bardzo lubię w zimowe, śnieżne wieczory – takie jak ten. Byłam dziś na cudownym targu świątecznym, na którym zrobiłam pierniczka, dostałam magnes i wysłałam w świat czterdzieści pocztówek niedostępnych nigdzie indziej. Rozmawiałam też ze Świętym Mikołajem, który dzwonił dzwonkiem no i widziałam osiołka – innymi słowy to była bardzo udana sobota, choć zmarzłam na kość.

            Tym razem wybrana herbata jest herbatą zieloną, więc nie będzie tak gorąca, jakbym chciała, żeby dzisiaj była, bo parzy się ją przez minutę albo dwie (ja parzyłam dwie) w temperaturze między osiemdziesięcioma a dziewięćdziesięcioma stopniami. Moja miała osiemdziesiąt pięć, jeśli można wierzyć moim fizycznym wyliczeniom, które przygotowałam na papierze przed zagotowaniem wody :)

            Zaczynając od początku: zapach był bardzo zachęcający – herbata po zalaniu wodą pachniała bardzo intensywnie sokiem malinowym – takim właściwie syropem, który można kupić w supermarkecie. Nie jest to może najbardziej naturalny zapach malinowy, jaki może być, ale mimo to ten zapach malinowy lubię najbardziej. Z żalem stwierdzam, że sok domowej roboty nie pachnie aż tak ładnie.

            Jeśli chodzi o smak herbaty, to jestem bardzo rozczarowana, bo malin nie czuć wcale! Herbata na szczęście nie smakuje kwaskiem cytrynowym, ale nie smakuje tak naprawdę niczym oprócz herbaty. Zwykła zielona herbata o zapachu malin – wielka szkoda, bo wiązałam nadzieje z tymi saszetkami! Jedyny plus jest taki, że herbata jest dość delikatna – nie czuć goryczy, no ale to nie czarna, tylko zielona, więc w zasadzie to żadna niespodzianka.

             
Podsumowując: raczej nie kupię ponownie.
Opakowanie: 8/10 – pudełko z saszetkami
Cena: 6/10 – 7.99, w pudełku jest 18 torebek, czyli 44 gr za sztukę
Zapach: 8/10 – ładny, intensywny
Smak na ciepło: 5/10 – nie czuć malin
Smak na zimno: 4/10 – po wystygnięciu zupełnie neutralna


Ocena ogólna: 5/10

niedziela, 1 października 2017

[024] King's Crown: Granatapfel


(kliknij żeby powiększyć)

Dzień dobry,

            Dzisiaj miałam ochotę na jakąś niesłodką ale i niekwaśną herbatę, więc wszystkie waniliowe oraz owocowe odpadły dość szybko. Tylko granat mnie dzisiaj przyciągnął do siebie, bo ta oryginalna herbata pachnie świetnie nawet mimo saszetki i folii, w którą ją owinęłam. A dlaczego jest taka oryginalna? Głównie dlatego, że to tak naprawdę są dwie herbaty – biała i zielona – z dodatkiem suszu owocowego z granatu.

            Tym razem nie było napisane w ilu stopniach należy parzyć torebkę z herbatą, był podany tylko czas – od trzech do czterech minut – ja wybrałam cztery minuty. Zwykle gdy nie ma podanej temperatury parzenia to zalewam torebkę wrzątkiem, ale tym razem użyłam przegotowanej wody wystudzonej do osiemdziesięciu stopni, bo nie wydało mi się właściwe zalewanie białej i zielonej herbaty wrzątkiem… To był chyba w miarę dobry pomysł, bo herbata w smaku wyszła bardzo fajna.

            Zapach po zaparzeniu jest słodkawy – najbardziej czuć zapach zielonej herbaty, ale dochodzi do tego też inny. Trudno mi go opisać, bo jedyne co nasuwało mi się na myśl, to zapach białej czekolady z owocami. Bardzo miły.

            W smaku również najmocniej wyczuwalna jest zielona herbata, ale na ciepło czuć też owoce, ale nie jestem pewna, czy rozpoznałabym granat, gdybym nie wiedziała, że to akurat on znajduje się w torebce. Herbata nie jest gorzka, nie jest kwaśna, jest dosyć delikatna i lekko owocowa. Dobrze zrównoważona i bardzo smaczna.

            Nigdy nie piłam czystej białej herbaty, więc nie mam porównania, ale tę zmieszaną z zieloną i z granatem mogę polecić z czystym sumieniem!


Podsumowując: na pewno kupię ponownie.
Opakowanie: 4/10 – saszetka papierowa, z instrukcją tylko po niemiecku i bez temperatury
Cena: 8/10 – 4.99, w pudełku jest 25 saszetek, czyli 20 gr za sztukę
Zapach: 9/10 – intensywny i bardzo ładny
Smak na ciepło: 9/10 – delikatny, owocowy, dobrze wyważony
Smak na zimno: 9/10 – trochę mniej owocowy, ale wciąż bardzo dobry


Ocena ogólna: 9/10

środa, 23 sierpnia 2017

[014] Lipton: Truskawkowa babeczka


(kliknij żeby powiększyć)


Dzień dobry!

            Dzisiaj przez cały dzień robiłam przetwory na zimę – uwielbiam to zajęcie. To moja ulubiona część każdego lata. Ostatnie butelki soku pomidorowego się pasteryzują, kuchnia znowu lśni czystością, więc czas na herbatę, po którą ostatnio sięgam częściej niż kiedykolwiek.

            Dzisiaj padło na piramidkę Lipton, która przyszła do mnie pocztą (dziękuję!). Nie było oryginalnej saszetki ani innego opakowania, ale na dołączonej karteczce znalazłam informację, że to zielona herbata o smaku truskawkowej babeczki. Brzmiało zachęcająco, poza tym bałam się o jej smak, bo czeka na swoją kolej już jakiś czas, więc dzisiaj wreszcie wrzuciłam ją do kubka i zalałam wrzątkiem. No właśnie – nie było żadnej informacji o tym ile należy parzyć tę torebkę i jak gorącą wodą należy ją zalać, więc zalałam wrzątkiem i trzymałam w kubku przez pięć minut. Jeśli ktoś ma tę herbatę w domu, to dajcie mi znać, czy udało mi się trafić w czas i temperaturę podaną na opakowaniu.

            Gdy szukałam ceny tej herbaty, to zauważyłam, że z tej samej serii jest jeszcze herbata o smaku jagodowej babeczki oraz herbata o smaku wanilii z karmelem. Jeżeli ktoś takie ma, to niech się odezwie – chętnie je wymienię na coś z moich zbiorów! :)

            A teraz przejdźmy do najkrótszej, ale najważniejszej części tej notki, czyli do recenzji.

            Herbata przed zalaniem wodą pachniała bardzo ładnie, ale jak lody truskawkowe, albo te biało-różowe cukierki śmietankowo-truskawkowe do ssania. Po zalaniu wodą zapach zrobił się trochę mdły, ale wciąż rozpoznawalny.

Nie wiem czy to wina mojego nieumiejętnego parzenia na wyczucie czy wina herbaty, ale była w smaku potwornie gorzka i w dodatku z posmakiem gumy do żucia. Nie krępowałam się jednak i dosypałam całą łyżeczkę cukru. Gorycz zniknęła, posmak gumy do żucia zniknął, główny smak truskawek z dodatkami został, więc nie jest źle. Najbardziej nie lubię w herbatach tego, że właśnie albo są okropnie gorzkie, albo gdy dosypie się cukru – okropnie słodkie. Ta ma cechę, którą lubię, czyli po dosypaniu cukru nie zrobiła się słodka. Smak cukru nie przysłonił smaku truskawkowej babeczki – sprawił tylko, że zniknęła gorycz. Za to duży plus.

Trochę jestem zaskoczona (pozytywnie!), bo mimo, że torebka leżała kilka tygodni w papierowym opakowaniu ręcznej roboty (ślicznym – ponownie dziękuję!) to nie wywietrzał ani zapach, ani smak. Obawiałam się, że nic z niego nie zostanie, albo że ta herbata przejęła wszystko od czekoladowej herbaty, którą też dostałam bez opakowania, a która nawet po owinięciu przeze mnie w folię nadal mocno pachnie, a nic takiego się nie stało.

Jeśli pozostałe dwie z tej serii są tak samo dobre, to chyba poważnie pomyślę o kupieniu Liptona dla gości. To już druga ich herbata, którą piłam i obie były bardzo dobre. Poprzednia miała tę zaletę że nie była gorzka, więc nie trzeba jej było słodzić. Tę niestety posłodzić musiałam, ale mimo to smak pozostał.

Mam słabość do ładnie wyglądających rzeczy. Lubię na nie patrzeć i ich używać – jedzenie z ładnego talerza i herbata z ładnego kubka smakują mi bardziej, niż to samo podane na przykład na białej porcelanie. Mam też bardzo dużą słabość do słojów ozdobnych. Trzymam w nich ładne makarony (penne, farfalle i fusilli), kawę w ziarnach i parę innych rzeczy. Ta herbata w piramidkach doskonale nadaje się do kolejnego słoja ozdobnego, bo mimo, że nie ma szczelnych saszetek, to ma szanse przetrwać bez nich dłuższy czas bez straty smaku albo zapachu – w słoiku z uszczelką szanse są naprawdę duże, a ponieważ kształt jest ładny, kartonik też – mogą się stać również częścią dekoracji.


             
Podsumowując: raczej kupię ponownie.
Opakowanie: 3/10 – pudełko z torebkami leżącymi luzem, czyli bez saszetek
Cena: 8/10 – 6.99, w pudełku jest 25 saszetek, czyli 28 gr za sztukę
Zapach: 7/10 – ładny, ale tylko częściowo zgodny z zapowiedzią
Smak na ciepło: 7/10 – dobry, ale dopiero po posłodzeniu
Smak na zimno: 6/10 – po wystygnięciu przebija się odrobina goryczy


Ocena ogólna: 7/10

niedziela, 13 sierpnia 2017

[008] Malwa: Imbir


(kliknij żeby powiększyć)


Dobry wieczór!

            Chyba powoli zaczynają się długie, jesienne, chłodne i herbaciano-kakaowo-filmowe wieczory. Na dworze osiemnaście stopni, a mnie trochę boli żołądek, więc dzisiaj sięgnęłam po zieloną herbatę z dodatkiem imbiru. Nie przepadam za imbirem – korzenia nie dodaję ani do herbaty, ani do wody, nie używam też syropu z imbiru. Niewielkie ilości korzenia toleruję tylko w jednej azjatyckiej potrawie i to pewnie dlatego, że poza nim jest mnóstwo składników, które sprawiają, że prawie go nie czuć.

To się nie zapowiada zbyt dobrze, ale dzisiaj chciałam, żeby to była zielona herbata. Wybór padł na Malwę, bo mają prawie najgorsze opakowania ze wszystkich herbat, które posiadam. Gorsze od nieszczelnego papieru są tylko torebki, które w ogóle nie mają swoich saszetek. Postaram się więc najpierw przetestować to, co ma największe szanse na wywietrzenie, żeby do tego nie dopuścić.

            Ta zielona herbata to pierwsza, której nie parzy się w stu stopniach. Tę torebkę trzeba zalać wodą o temperaturze dziewięćdziesięciu stopni i trzymać w niej od dwóch do trzech minut. Czyli ta jak na razie wymaga najmniejszej obróbki termicznej. Duży plus za to, że na opakowaniu jest wypisany skład (i to całkiem niezły skład, z tego co widzę).

            W smaku herbata niestety nie jest dobra. W składzie są wypisane aromaty (nie jest sprecyzowane czy są sztuczne, czy naturalne, ale myślę, że gdyby były naturalne, to by to pewnie odnotowano). Gdy piłam tę herbatę to czułam się tak, jakbym piła wodę z perfumami. Na szczęście imbir (czy też perfumy) nie piecze w język tak jak korzeń, albo jak sok, ale to tylko sprawia, że herbaty nie określam jako okropnej, tylko po prostu jako niesmaczną.

            Dla mnie zaletą jest, że nie czuć imbiru, bo go nie lubię, no ale jednak w ocenie trzeba to uwzględnić, bo herbata imbirowa powinna smakować imbirem. Ta w zasadzie nie smakuje niczym oprócz sztucznych perfum. Smak się odrobinę poprawia, gdy herbata wystygnie – im chłodniejsza jest, tym mniej czuć w smaku perfumy. Imbiru nie czuć ani na ciepło ani na zimno. Ogólnie raczej nie polecam.



Podsumowując: raczej nie kupię ponownie.
Opakowanie: 5/10 – saszetka papierowa, ale z instrukcją i składem po polsku
Cena: 8/10 – 5.95, w pudełku jest 20 saszetek, czyli 30 gr za sztukę
Zapach: 7/10 – delikatny, ale świeży i lekko kwaśny
Smak na ciepło: 4/10 – czuć perfumy
Smak na zimno: 5/10 – prawie nie czuć perfum, ale imbiru też nie


Ocena ogólna: 5/10




czwartek, 3 sierpnia 2017

[005] Lipton: Owoce cytrusowe


(kliknij żeby powiększyć)

Dzień dobry!

           
            Mamy upalny dzień, więc trochę wbrew sobie, ale jednak sięgnęłam po herbatę. Wybrałam zieloną, bo wyczytałam, że najlepsza na upały jest właśnie zielona i to o dziwo nie zimna, tylko ciepła. Kłóci się to z logiką, którą znam i moim pojmowaniem świata (bo jak gorący płyn może cokolwiek ochłodzić), ale sprawdzę. Wypatrzyłam w sklepie herbatę cytrusową (uwielbiam cytrusy) i w dodatku na opakowaniu miała napisane, że jest bez goryczki (której z kolei bardzo nie lubię), więc zdecydowałam się na zakup mimo braku saszetek. Tuż po tym teście sprawdzę drugi wyczytany sposób „parzenia”, czyli po prostu zalanie herbaty zimną wodą i odstawienie do lodówki na parę godzin. Może to będzie największe odkrycie mojego życia? Z tego co widziałam, to jest też w sklepie czarna herbata cytrusowa tej samej firmy. Różni się od tej tylko kolorem i sposobem zapakowania, bo czarna jest w piramidkach a zielona (jak widać) w zwykłych „płaskich” torebkach. Mam nadzieję, że będę miała okazję spróbować też tej drugiej i porównać obie, ale ponieważ mam na razie całą półkę herbat, to nie wiem, czy powinnam dokupować nowe…


            W tekturowym opakowaniu znajduje się dwadzieścia pięć torebek z herbatą, niestety zapakowane są bez saszetek, więc pewnie szybko wywietrzeją, skoro już rozpakowałam pudełko z folii, którą było owinięte. To spory minus jeśli chodzi o opakowanie, bo o wiele bardziej podobają mi się małe saszetki, które można luzem wrzucić do słoja, niż pudełka z niehermetycznie zamkniętymi torebkami, które stoi i otula zapachem wszystko w pobliżu. 
(Na marginesie: kolor jest niepokojący – herbata po przelaniu do woreczka, przygotowanego do chłodzenia, wygląda tak, jakby już raz została wypita…).


            Tę herbatę parzy się bardzo krótko, bo od dwóch do trzech minut, również we wrzątku, jak wszystkie poprzednie. Pachnie świetnie już po wyjęciu z pudełka, a po zalaniu zapach jest tylko trochę słabszy. Na opakowaniu napisane było, że jest to smak cytrusowy, ale narysowana była tylko skórka pomarańczowa i limonka, co wydaje mi się bardziej wiarygodne niż nazwa, bo herbata mocno pachnie limonką. Pomarańczy prawie nie czuć, cytryny, mandarynki i grejpfruta nie czuć wcale. W smaku o dziwo rzeczywiście nie czuć goryczy, co sprawia, że ta herbata ma szanse wskoczyć wysoko na moje podium herbat. Jest w niej jednak coś dziwnego, bo po każdym łyku mam wrażenie strasznej suszy w ustach. Gdy tylko przełykam płyn – robi mi się strasznie sucho, zupełnie tak samo jak wtedy, gdy nie piję przez kilka godzin i jednocześnie wcale się nie odzywam. Dziwne uczucie i wzmaga pragnienie, ale znika po wypłukaniu ust wodą, albo wypiciu kilku łyków wody mineralnej, więc nie jest tragicznie.


            Z zieloną herbatą jest też o tyle niebezpiecznie, że można się od niej uzależnić. I nie mam tu na myśli takiego przyzwyczajenia, które sprawia, że na przykład „nie można się obudzić” póki nie wypije się porannej kawy albo herbaty. Chodzi o prozaiczne uzależnienie żołądka i jelit od wspomagacza w postaci stymulującej herbaty. Jeśli pije się regularnie spore ilości zielonej herbaty i nagle się przestanie – mogą się pojawić problemy żołądkowe. Jeśli z kolei się jej nie odstawi, to też podrażnia żołądek i powoduje dodatkowo inne niedogodności. Nie są to zazwyczaj tak straszne skutki uboczne, żeby ktokolwiek się nad nimi zastanawiał, ale ja odkąd o nich wiem, to tego koloru herbaty unikam podwójnie, choć ze wszystkich kolorów, które piłam do tej pory – ten smakuje mi najbardziej. Może dlatego, że nie czuć goryczy, której nie da się zagłuszyć w czarnej herbacie, ani cementu, który dominuje w czerwonej… Mam jeszcze białą w kolejce (której smak mnie bardzo kusi), więc ostateczny werdykt wydam po białej. Wydaje mi się jednak, że jak zwykle kluczem jest zachowanie umiaru.


Podsumowując: raczej kupię ponownie.
Opakowanie: 3/10 – pudełko, w którym wszystkie torebki leżą luzem (bez saszetek)
Cena: 8/10 – 5.49, w pudełku jest 25 torebek, czyli 22 gr za sztukę
Zapach: 7/10 – pachnie bardzo ładnie, ale tylko limonką
Smak na ciepło: 7/10 – w smaku lekko czuć skórkę pomarańczową
Smak na zimno: 7/10 – smakuje tak samo, pachnie intensywniej

Ocena ogólna: 7/10


Pozdrawiam!