Pokazywanie postów oznaczonych etykietą * czarna *. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą * czarna *. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 kwietnia 2018

[054] Irving: Owoce leśne



Dzień dobry, wesołych świąt!

            U mnie w kubku dzisiaj Irving o smaku owoców leśnych. Pogoda za oknem wybitnie barowa – albo herbaciana, jak kto woli – w środku niewiele cieplej, więc czym innym się ratować, jak nie gorącą herbatą…?

            Do rzeczy… Torebkę z herbatą należało zalać wrzątkiem i trzymać ją w nim od trzech do pięciu minut. Ja wyjątkowo trzymałam tylko trzy zamiast pięciu, bo się pomyliłam. Rzuciłam okiem na opakowanie i wydawało mi się, że mowa o czasie od dwóch do trzech, a że zawsze dojeżdżam do górnej granicy, to i tym razem to zrobiłam – a raczej myślałam, że robię. Dopiero gdy wróciłam do komputera i wzięłam kolejną saszetkę żeby ją opisać, to zdałam sobie sprawę z tego, że źle odczytałam instrukcję. Efekt jest taki, że herbata siedziała w wodzie około dwóch razów krócej niż mogłaby to robić. Może i dobrze się stało, bo teraz chociaż mam porównanie i wiem ile zmieniają te dwie minuty. Ale od początku.

            Torebka przed zalaniem wodą pachnie dość ładnie – zapach owoców leśnych jest zazwyczaj jednym z lepiej skomponowanych w herbatach, bo zazwyczaj pachną one dobrze. Podobnie zresztą jak cytryna – chyba po prostu ciężko zepsuć ten zapach, bo ze smakiem już prościej. Herbata po zalaniu wodą ma zapach równie intensywny co przed, kolor jednak jest dość niepokojący, bo zgniłozielony. Przyznam się wam szczerze, że w pierwszej chwili odruchowo pomyślałam, że jakimś cudem liście w bibułce spleśniały i dlatego napar ma taki kolor. Okazało się jednak, że po paru minutach kolor się robi normalny, czyli ciemnobrązowy – najpopularniejszy przy czarnych herbatach. Kropelka zaparzonej herbaty poleciała na papier, który zawsze leży obok mojego komputera – i tam ślad również był zielony. Nie wiem o czym to świadczy, ale chyba niezbyt apetycznie to wyszło. Zapach też po chwili się zmienił – gdy herbata ostygła na tyle, żeby można ją było pić – zapach prawie zniknął. Nawet jak wystawiłam głowę za okno, pooddychałam i z powrotem włożyłam nos do kubka, to prawie nie mogłam go wyczuć.

            Jeżeli chodzi o smak, to zauważyłam, że w przypadku Irvinga jest to system zerojedynkowy. Albo herbata jest bardzo smaczna albo smakuje zużytą gumą do żucia. Nie ma nic pomiędzy, a przynajmniej ja na nic takiego nie trafiłam. Ta niestety w systemie zerojedynkowym dostała ode mnie zero, bo nie da się wyczuć nic, oprócz gumy do żucia, którą żuło się wcześniej przez godzinę. Dodatkowo ewentualnie czuć jakiś kwaśny, zgniły posmak zostający w ustach po przełknięciu płynu. Dosyć spore rozczarowanie, bo jednak liczyłam na to, że herbata będzie przyjemna w odbiorze. Głównie dlatego ją dzisiaj wybrałam – miałam ochotę na coś dobrego i optymistycznie założyłam, że owoców leśnych – jak cytryny! – nie da się popsuć. No niestety myliłam się.

             
Podsumowując: na pewno nie kupię ponownie.
Opakowanie: 8/10 – pudełko z saszetkami
Cena: 6/10 – 7.99, w pudełku jest 18 torebek, czyli 44 gr za sztukę
Zapach: 6/10 – ładny, ale czuć go tylko przed zalaniem i tuż po
Smak na ciepło: 4/10 – gumowy, zgniły, niezbyt dobry
Smak na zimno: 3/10 – po wystygnięciu tylko kwaśna


Ocena ogólna: 4/10

środa, 21 lutego 2018

[51] Vitax: Gruszka + melisa


(kliknij żeby powiększyć)



jeśli to ostatni w życiu dzień, jeśli jutra nie ma być na pewno…
…z każdym łykiem żal mi coraz mniej – jest mi doskonale wszystko jedno…


            …a przynajmniej miałam nadzieję, że tak będzie, gdy wypiję kubek ciepłej herbaty z przewagą melisy i dodatkiem gruszki.

            Miałam wczoraj tak koszmarny dzień w pracy, że do tej pory trzęsą mi się ręce ze stresu, a żołądek mam tak ściśnięty, że nie dałam rady zjeść śniadania, mimo że burczy mi w brzuchu tak głośno, że mój pies odwarkuje na ten dźwięk…  Jestem pewna, że mam w swoich zbiorach saszetkę z czystą melisą, ale nie chciało mi się jej szukać – zwłaszcza, że gruszka brzmi smakowicie i w dodatku miałam ją pod ręką.

            Recenzji od dawna nie było, ponieważ trwał konkurs (-> klik <-), który właśnie się zakończył. Dzisiaj rano przeczytałam i oceniłam wszystkie prace konkursowe, więc wyników można się spodziewać lada dzień, ale wróćmy na razie do recenzji.

            Torebka po wyjęciu z saszetki pachnie delikatnie, ale bardzo ładnie. Melisy nie czuć wcale, jedyny zapach jaki się roznosi to gruszkowy. Herbatę należało zalać wrzątkiem i trzymać w nim od ośmiu do dziesięciu minut – ja trzymałam dziesięć. Dodatkowo zasugerowałam się koleżanką z pracy, która parząc herbaty w saszetkach zawsze zakrywa filiżankę spodkiem na czas pobytu torebki wewnątrz niej – tak jest podobno bardzie efektywnie, więc postanowiłam spróbować tego sposobu. Nie mam niestety porównania, bo nie parzyłam tej herbaty bez przykrycia, ale może następnym razem wykażę się większym pomyślunkiem i zrobię taki test na dwóch takich samych herbatach… :)

            Wracając do meritum – herbata jest bardzo smaczna. Czuć gruszkę w smaku, ale nie jest ona tak bardzo intensywna, żeby natychmiast się zasłodzić. Pamiętając o tym, że cukier wzmacnia czasem smak postanowiłam trochę go dosypać do kubka i w myśl zasady: lepsze jest wrogiem dobrego, oraz prawa Murphy’ego, mówiącego o tym, że jeśli poprawia się coś dobrego wystarczająco długo, to na pewno się to popsuje – to właśnie osiągnęłam. Napar po dodaniu cukru sporo traci – prawie całkowicie znika smak gruszki, zostaje tylko lekka kwaśność, która w połączeniu z gruszką jest bardzo w porządku, ale bez niej robi się tak samo przeszkadzająca jak w większości herbat owocowych, które do tej pory piłam. Nie polecam więc sypania cukru!

            Jeśli chodzi o uspokajające działanie melisy, to niestety nie odczułam, żeby nastąpiło. Nie wiem czy to kwestia tej konkretnej mieszanki czy samej melisy w ogóle, ale na uspokojenie raczej nie pomogła, więc jeśli ktoś chce ją kupić do tego celu, to raczej nie polecam. Polecam natomiast jeśli ktoś chce napić się delikatnej, gruszkowej herbaty bez gorzkiego, herbacianego posmaku do kompletu.


Podsumowując: raczej kupię ponownie

Opakowanie: 9/10 – funkcjonalne, dobrej jakości
Cena: 7/10 – 5.95 za 15 saszetek, czyli 40 gr za sztukę; duży plus za nieduże opakowanie
Zapach: 7/10 – pachnie ładnie, ale delikatnie
Smak na ciepło: 7/10 – czuć gruszkę, nie czuć melisy
Smak na zimno: 7/10 – bez zmian

Ocena ogólna: 7/10

niedziela, 4 lutego 2018

[50] Lipton: Mango + brzoskwinia (-> konkurs!)


(kliknij żeby powiększyć)

Dzień dobry!

            Nadszedł wreszcie ten moment, w którym mogę opublikować pięćdziesiątą recenzję na blogu. Długo myślałam o tym jaką herbatę wybrać na dzisiaj i w końcu zdecydowałam się na mangowo-brzoskwiniową, bo oba te owoce lubię, ale zanim recenzja, to najpierw przypominam, że z tej ogromnej okazji będzie KONKURS. Szczegóły są na końcu wpisu, więc dotrwajcie do ostatnich zdań!

            Okej, herbata jest czarna, w większej saszetce niż zwykle, bo to piramidka a nie zwykła torebka. Z doświadczenia wiem, że w piramidkach jest smaczniejsza, więc mimo że tym razem tylko aromatyzowana owocami, to miałam nadzieję, że nie będę żałowała wyboru. Torebkę należało zalać wrzątkiem i trzymać ją w nim od dwóch do trzech minut – ja trzymałam trzy. Wadą opakowania jest to, że sznurek z kartonikiem znowu jest przyklejony do bibułki, przez co trzeba bardzo uważać, żeby jej nie rozedrzeć przy rozklejaniu, ale mnie się tym razem udało nic nie rozerwać, więc na szczęście obyło się bez fusów w kubku.

            Po zalaniu herbaty wodą rozszedł się cudowny, owocowy zapach. Dokładnie taki jak z herbacianego napoju o smaku brzoskwiniowym – wspominałam tu kiedyś o cytrynowym i o tym, że uwielbiam ich zapachy i smak tego brzoskwiniowego, mimo że to w plastikowej butelce i nie herbata, tylko napój herbaciany. Tym razem miałam herbatę, która pachniała tak samo świetnie – latem i soczystymi owocami.

            Szczerze powiem, że znowu – tak jak w przypadku ananasowej herbaty z jednej z wcześniejszych recenzji – bałam się spróbować, bo miałam bardzo duże oczekiwania (ze względu na zapach) i bardzo duże nadzieje (ze względu na jubileuszową notkę na stronie). Na szczęście (chyba intuicja mnie jednak nie zawodzi) herbata okazała się bardzo dobra. Nie będzie może moją ulubioną, ale jest naprawdę dobra. W smaku nie jest gorzka jak czysta czarna (ciekawe czy to aromaty zniwelowały gorycz), czuć nawet delikatnie mango (choć to pewnie przez zapach, skoro nie ma go w składzie), a ponieważ ja najbardziej nie lubię w herbatach tego, że albo są piekielnie gorzkie albo bardzo czuć w nich kwasek cytrynowy, to ta jest jedną z lepszych, które piłam.
Znam i czasem stosuję sztuczkę z cukrem, więc dosypałam trochę i tym razem, żeby sprawdzić, czy owoce będą wtedy intensywniejsze i okazało się, że to jedna z tych herbat, bo tak się stało. Ogólnie więc jest bardzo dobrze i z czystym sumieniem polecam spróbować :)

            Tym razem nie będę przedłużać, bo wiem, że większość z was wpadła tu ze względu na konkurs, więc oto odsyłacz do notki na blogu, w której są wypisane zasady i wszystkie szczegóły. Zapraszam! -> KLIK <-



Podsumowując: na pewno kupię ponownie.
Opakowanie: 8/10 – podłużne pudełko z dużymi saszetkami
Cena: 5/10 – 12.00 zł, w pudełku jest 25 saszetek, czyli 48 gr za sztukę
Zapach: 9/10 – intensywny, bardzo ładny i owocowy
Smak na ciepło: 8/10 – niezbyt intensywny, ale dobry
Smak na zimno: 8/10 – bez zmian


Ocena ogólna: 8/10

środa, 31 stycznia 2018

[049] Bifix: Wiśnia

(kliknij żeby powiększyć)

Dzień dobry,

            Dzisiaj po raz pierwszy piszę recenzję po godzinie od wypicia testowanej herbaty, a stało się tak dlatego, że zostałam do kogoś na tę herbatę zaproszona, a on do wyboru miał kilka różnych rodzajów. Tak się złożyło, że żadnego z nich nie miałam okazji wcześniej próbować, więc postanowiłam skorzystać z okazji i sprawdzić czy to dobry pomysł, skoro i tak musiałam którąś wybrać.

            Padło na herbatę o smaku wiśni, bo saszetka wyglądała najbardziej apetycznie i cieszę się, że ją wybrałam, bo była bardzo dobra. Należało ją zalać wrzątkiem i trzymać w kubku od trzech do pięciu minut. W składzie herbata ma aż czterdzieści pięć procent wiśni, więc w ogóle świetnie. Zapach był bardzo fajny już po otwarciu saszetki, a po zalaniu jej wodą stał się jeszcze bardziej intensywny.

            Jeżeli chodzi o smak, to herbata jest leciutko kwaśna, ale naprawdę delikatnie. Wsypałam do wielkiego kubka pół płaskiej łyżeczki cukru i kwasek zniknął całkowicie, a zapach i intensywny, owocowy smak zostały jeszcze bardziej podbite. Tym większy jest plus tej herbaty, że smak, który czuć jest naprawdę bardzo naturalny. Mam jeszcze pięć innych z tej serii (wyprosiłam na wynos! :D), więc aż nie mogę się doczekać, aż wreszcie ich spróbuję. To chyba jedna z najlepszych, jakie piłam. W zasadzie to chyba nawet najlepsza… :)

            Dodatkowym plusem (choć oczywiście nie wpływa to na ocenę) jest fakt, że pudełko nie jest ze zwykłej tektury, tylko z grubej i powlekanej, z perforacjami i zakładką. Będzie trwałe i posłuży na pewno długo po tym, jak zawartość się skończy.

            W następnej notce (chyba w sobotę albo w niedzielę) będzie pięćdziesiąta recenzja i KONKURS z tej okazji! Już teraz serdecznie zapraszam do śledzenia i brania udziału!


Podsumowując: na pewno kupię ponownie.
Opakowanie: 8/10 – foliowe, zgrzane, szczelne
Cena: 9/10 – 15 zł, w pudełku jest 60 saszetek, czyli 25 gr za sztukę
Zapach: 10/10 – bardzo intensywny, naturalny i zgodny z opisem
Smak na ciepło: 10/10 – bardzo dobry
Smak na zimno: 10/10 – bez zmian


Ocena ogólna: 10/10


sobota, 27 stycznia 2018

[048] Carrefour: Malinowa


(kliknij żeby powiększyć)


Dobry wieczór!

            Postanowiłam zrobić drugie podejście do herbatki z supermarketu. Już jedną z tej serii piłam. Pamiętam, że była przeciętna w smaku i zapachu, ale później dziwnie ściskało mnie w żołądku – pamiętam też, że przy kolejnej okazji (która jak widać właśnie nadeszła) miałam sprawdzić, czy to wina herbaty czy niezjedzenia obiadu, więc tym razem byłam w czasie picia jej pół godziny po obiedzie.

            Tym razem sięgnęłam po smak malinowy, bo mroźna zima za oknem i człowiek się trzęsie na samą myśl o tym, że musi wyjść na zewnątrz. Saszetka niestety nie ma na sobie absolutnie żadnych informacji dotyczących temperatury albo czasu parzenia. Na saszetce nie ma nawet informacji jaka to jest herbata – wiem, że czarna tylko od osoby, która mi ją wysłała (zgaduję, że taka informacja może się znajdować na pudełku, ale nie wiem na pewno). Sprawdziłam przed zaparzeniem tej herbaty ile czasu i w jakiej temperaturze parzyłam poprzednią i tym razem postanowiłam coś zmienić, skoro poprzednia próba nie była zbyt udana. Wciąż mam kilka innych smaków z tej serii i idąc tą metodą może ostatni smak zaparzę tak jak trzeba :D

            Malinową herbatę zalałam wrzątkiem i trzymałam w kubku przez trzy minuty. Pachniała dosyć ładnie malinami, ale przebijał się przez ten zapach również aromat… octu. Jeśli komuś z was zdarzyło się zaciągnąć zapachem po otwarciu butelki zwykłego octu, to powinien skojarzyć. Nie czuć tego w tym przypadku bardzo mocno, ale na tyle wyraźnie, że skojarzyłam.

            W smaku herbata jest okropna – po pierwszym łyku złapał mnie tak ogromny ból ślinianek, że aż się zdziwiłam. Dawno nie piłam nic tak kwaśnego – czuć kwas, kwas i tylko kwas, nic poza tym. Żadnych malin, żadnej herbaty – tylko okropnie sztuczny kwas. Jakbyście do wrzątku dosypali kwasku cytrynowego i próbowali to pić. Okropność! To jedna z niewielu herbat, która znalazła się w zlewie po zaledwie kilku łykach – trzem na ciepło i jednym na zimno. Nie polecam próbować!



Podsumowując: na pewno nie kupię ponownie.
Opakowanie: 5/10 – saszetka foliowa, ale bez instrukcji obsługi
Cena: 8/10 – 3.79, w pudełku jest 20 saszetek, czyli 19 gr za sztukę
Zapach: 4/10 – przeciętny
Smak na ciepło: 1/10 – tylko kwaśny
Smak na zimno: 1/10 – jeszcze gorszy


Ocena ogólna: 2/10


poniedziałek, 22 stycznia 2018

[047] Bifix: Miód + imbir


(kliknij żeby powiększyć)

Dobry wieczór,

            Jeszcze trzy recenzje i konkurs, którego zasady i nagrody są już przygotowane. Nie mogę się doczekać…!

            Nasypało dzisiaj dużo śniegu, więc siedzę i marznę, a ponieważ dodatkowo też się nudzę, to zrobiłam to co zawsze, gdy myślę o blogu – herbatę ;)

            Wybór padł na miodowo-imbirową firmy Bifix, głównie dlatego, że miałam ochotę na coś pomarańczowego, a że pomarańcze są nadrukowane na torebkę, to uznałam, że będzie ona dobrym wyborem. Zwłaszcza, że zawiera też rozgrzewający imbir (za którym nie przepadam) i miód, który może pomoże na moje bolące gardło. Pomarańczy jest zresztą więcej w składzie niż miodu albo imbiru, także należy jej się chyba udział w tagach.

            Torebkę należało zalać wrzątkiem i trzymać w nim od trzech do pięciu minut – ja trzymałam pięć.
Herbata pachniała dość kiepsko, gdy wyjęłam ją z saszetki – przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy nie jest przypadkiem przeterminowała, bo pachniała stęchlizną. Przeterminowana nie była, więc zaryzykowałam.

            Po zaparzeniu stęchlizna nie jest wyczuwalna, czuć za to lekko kardamon, którego nie ma w składzie. Może więc dodano tylko aromat – trudno powiedzieć. Generalnie rzecz biorąc – zapach nie jest jakiś bardzo miły, bo czuć tylko kardamon (którego – podkreślam – nie ma w składzie), który jest dosyć drażniący. Plus (dla mnie) jest taki, że nie czuć imbiru, za którym nie przepadam, choć chyba powinien być, skoro to herbata imbirowa, prawda?

            W smaku napar jest kwaskowy, chyba tak jak zazwyczaj raczej nie czuję cytryny tylko kwasek cytrynowy. Zauważyłam, że im herbata chłodniejsza (ewentualnie im więcej się jej wypiło), tym kwaśniejsza jest i – o dziwo – tym razem posłodzenie nie pomogło, bo po dosypaniu sporej łyżeczki cukru czuć było słodycz, po której przychodziła kwaśność. Dziwne i chyba niezbyt fajne. Jeśli chodzi o imbir, to znowu jest tak jak przy okazji wspominania o zapachu – w smaku imbiru nie czuć, ale czuć lekkie rozgrzewanie. Nie wiem czy to za sprawą temperatury napoju czy jednak tego okropnego korzenia, ale możemy założyć, że to drugie, bo herbatę zwykle piję dopiero wtedy, gdy trochę przestygnie i nie parzy przełyku.

            Ogólnie nie jest to jakiś fenomenalny smak, choć żeby był najgorszy to też nie można powiedzieć. Najlepszym określeniem chyba byłoby stwierdzenie, że jest przeciętny. Herbatę można dopić, gdy się ją już zaparzyło (i lepiej to zrobić, bo duszący zapach kardamonu nie słabnie), ale żeby specjalnie do niej wracać, to raczej nie. Przynajmniej ja nie zamierzam.
             
Podsumowując: raczej nie kupię ponownie.
Opakowanie: 8/10 – foliowe, zgrzane, szczelne
Cena: 7/10 – 5.34, w pudełku jest 20 saszetek, czyli 27 gr za sztukę
Zapach: 5/10 – intensywny, ale niezgodny z opisem
Smak na ciepło: 5/10 – głównie kwaśny
Smak na zimno: 5/10 – bez zmian


Ocena ogólna: 5/10

piątek, 19 stycznia 2018

[046] Twinings: Czarna porzeczka


(kliknij żeby powiększyć)


Dzień dobry,

            Dzisiaj w kubku czarna porzeczka. Kiedyś nie lubiłam soku z czarnej porzeczki, samych owoców nie lubię nadal (mimo, że przez wiele lat miałam okazję próbować ich prosto z krzaka), ale teraz i sok i herbatę chętnie piję, jeśli są o tym smaku.

            Torebka jest opisana, a według opisu w środku znajduje się czarna herbata o zapachu porzeczek, więc nie spodziewam się w smaku cudów, choć pachnie rzeczywiście pięknie. Należało ją parzyć od trzech do czterech minut w stu stopniach i tak właśnie zrobiłam, a wyjmowana torebka roztaczała znowu cudny zapach, jak jedna z ostatnich, nie pamiętam, która konkretnie.

            Herbata pachnie jak sok w kartonie – naprawdę intensywny, soczysty zapach soku. Bardzo lubię takie zapachy herbat – zwłaszcza wtedy, gdy w ślad za nimi idzie taki sam intensywny smak. Tutaj jednak tego nie ma – herbata smakuje jak zwykła czarna, jedyna różnica tkwi w goryczy, a raczej w jej braku – czarna herbata zazwyczaj jest gorzka, a ta nie jest taka wcale.
           
            Raczej nie kupię jej ponownie, bo jest sporo herbat, które nie tylko ładnie pachną ale i dobrze smakują, ale nie jest zła – nadaje się do tego, żeby ją wypić do słodkiego ciasta na deser.
             
Podsumowując: raczej nie kupię ponownie.
Opakowanie: 4/10 – papierowe saszetki z wyrywanymi z opakowania kartonikami
Cena: 6/10 – 7,00 zł, w pudełku jest 25 torebek, czyli 28 gr za sztukę
Zapach: 10/10 – intensywny, owocowy, zgodny z opisem
Smak na ciepło: 5/10 – zgodny z opisem, nie czuć owoców
Smak na zimno: 5/10 – bez zmian


Ocena ogólna: 6/10

piątek, 12 stycznia 2018

[043] Herbapol: Truskawka


(kliknij żeby powiększyć)


Dzień dobry,

            Dostałam wczoraj list z trzema nowymi smakami herbat do przetestowania. Dwie z nich nie mają saszetek, więc one też dołączyły do szybkiej kolejki – jedna nawet trafiła dzisiaj do kubka.

            Herbata przyszła do mnie w foliowej torebce z opisem czasu parzenia. Należało ją zalać wrzątkiem i trzymać w kubku od pięciu do siedmiu minut (ja trzymałam siedem). Niestety nie było na tej karteczce napisane, że parzyć należy pod przykryciem, więc moja przykrycia nie miała. Gdy szukałam w Internecie ceny, to natknęłam się na tę informację. Na przyszłość już będę wiedziała, a na razie sprawdziłam jak smakuje napar uzyskany bez przykrywki.

            Zacznę od zapachu, bo wyjątkowo mi się spodobał. W składzie jest dziesięć procent suszonych owoców, a to dużo, więc mam nadzieję, że zapach też jest naturalny. Herbata nie pachnie samymi truskawkami – to nie jest taki zapach, jaki czujemy tuż po przyniesieniu w koszyku truskawek ze sklepu latem. Zapach raczej przypomina truskawkową mambę, albo truskawkowo-śmietankowego lizaka w nierozwiązywalnym opakowaniu ;) Na pewno wiecie, którego mam na myśli.

            Smak niestety nie jest aż tak zachwycający. Głównie wyczuwa się kwasek, taki jak w większości herbat. Czuć odrobinę truskawki, ale właściwie to nie jestem pewna, czy w smaku, czy przez sugerowanie się intensywnym zapachem. Dosypałam trochę cukru i kwasek zniknął, za to pojawił się ten śmietankowy, lizakowy posmak, który wyczułam w zapachu.

            Jeżeli chodzi o ocenę ogólną, to sama nie wiem… Po posłodzeniu herbata jest naprawdę bardzo dobra, ale nie lubię cukru, więc nie jest idealnie skoro posłodzić jednak trzeba. Można oczywiście tego nie robić, ale wtedy kwasek cytrynowy tłumi smak truskawki, więc jak dla mnie opcja z posłodzeniem jest lepsza.

           
             
Podsumowując: raczej nie kupię ponownie.
Opakowanie: 3/10 – pudełko z torebkami bez saszetek
Cena: 8/10 – 4,85 zł, w pudełku jest 25 torebek, czyli 20 gr za sztukę
Zapach: 9/10 – intensywny, słodki, bardzo ładny
Smak na ciepło: 7/10 – kwaśny bez cukru, bardzo dobry po posłodzeniu
Smak na zimno: 6/10 – bardziej kwaśny


Ocena ogólna: 7/10

wtorek, 2 stycznia 2018

[041] Twinnings: Cytrynowa

(kliknij żeby powiększyć)


Dzień dobry,

            Wymieniłam się na kilka herbat tej firmy, a że wszystkie mają papierowe opakowania, to doszły do mojej „szybkiej” kolejki, żeby nie wywietrzały. Co dzień sobie parzę chociaż jedną – przynajmniej póki leniuchuję na urlopie.

            Dzisiaj do śniadania zaparzyłam sobie cytrynową. Należało ją zalać wrzątkiem i trzymać w kubku od trzech do czterech minut, czyli tak samo jak poprzednią owocową tej firmy. Zapach po zaparzeniu był znowu bardzo fajny, choć tym razem zupełnie niesłodki. Czuć było gorzkawy zapach skórki cytrynowej i dosłownie jedną, niewielką nutkę kwaśnej cytryny.

            W smaku w ogóle nie było czuć ani kwasku cytrynowego, ani kwaśnej cytryny – za to wyraźnie było czuć skórkę z jej gorzkawym (ale bardzo, bardzo delikatnie gorzkawym) posmakiem. Zauważyłam, że jeśli chodzi o herbaty owocowe, to te cytrynowe są zazwyczaj dobre, nawet jeśli inne owocowe się konkretnym firmom nie udają. Ciekawe dlaczego tak jest – może po prostu cytryny (tak jak sałatki jarzynowej) nie można zepsuć…? :D

            Swoją drogą ciekawa jestem, czy istnieje herbata ekspresowa (albo nawet zwykła, bez torebek), która będąc herbatą cytrynową smakuje jak te napoje herbaciane w butelkach. Wszystkie, które do tej pory piłam smakowały jak czarna herbata z dodatkiem startej skórki – takiego typowo cytrynowego smaku, jaki znam z napojów albo lodów jeszcze nie spotkałam. Znacie taką? Jeśli znacie, to chętnie się wymienię, albo przyjmę nazwę lub namiary i sobie kupię :)

            Wszystkiego dobrego w nowym roku! (Zostało 9 recenzji do konkursu!)
           
             
Podsumowując: raczej kupię ponownie.
Opakowanie: 4/10 – papierowe saszetki z wyrywanymi z opakowania kartonikami
Cena: 6/10 – 7,00 zł, w pudełku jest 25 torebek, czyli 28 gr za sztukę
Zapach: 8/10 – intensywny, zgodny z opisem
Smak na ciepło: 7/10 – zgodny z opisem, dobry
Smak na zimno: 6/10 – mniej intensywny niż na ciepło  


Ocena ogólna: 7/10

sobota, 30 grudnia 2017

[040] Twinings: Czerwone owoce


(kliknij żeby powiększyć)


Dzień dobry,

            Dzisiaj w kubku kolejna owocowa herbata – tym razem o smaku wiśni, czerwonych porzeczek, malin i truskawek, czyli bardzo letnia mieszanka. Opakowanie wyglądało apetycznie, więc padło na nie :)

            Opakowanie tej herbaty jest zbudowane podobnie do opakowań od Teekanne – to jest minimalnie lepsze, bo nie jest tylko papierowe, ale dodatkowo lekko śliskie, czyli pewnie woda by przez nie nie przesiąkła przy rozlaniu. Wadą tych opakowań (oprócz przepuszczalności zapachów) jest to, że kartonik przytwierdzony do sznurka z torebką nie jest po prostu w środku saszetki, tylko jest jej częścią. Żeby wyjąć torebkę z saszetki trzeba sobie najpierw wyrwać kartonik z opakowania. Nie lubię tego, bo przy wydzieraniu kawałka opakowania nietrudno o rozdarcie samej torebki, a to się wiąże z pływającymi, okropnymi fusami.

            Tym razem jednak udało mi się bibułki nie rozerwać, więc zaparzanie poszło dobrze. Herbata jest czarna, należy ją zalać wrzątkiem i trzymać w wodzie od trzech do czterech minut, u mnie jak zwykle była przez cztery.

            Zapach herbaty jest bardzo fajny, słodki, owocowy, nie dałam rady jednoznacznie nazwać owoców, których zapach wyczułam, ale podsumowałabym to jako po prostu zapach owocowy. Takiego połączenia smakowego jeszcze w swoim magicznym, testowym pudełku nie miałam, więc tym chętniej po nią sięgnęłam.

            Smak niestety okazał się banalny, taki sam jak większość owocowych herbat, choć tym razem bardziej czuć samą herbatę niż „owocowy” (a raczej gumowy) posmak. Dla fanów czystej herbaty to pewnie plus, ale nie po to kupuje się owocową, żeby nie było czuć owoców, prawda? Dosypałam trochę cukru, ale to nic nie zmieniło – przynajmniej póki herbata była ciepła. Gdy wystygła, to jak zwykle spróbowałam jej ponownie i byłam bardzo zaskoczona, bo po wystudzeniu wyczułam w smaku malinę przebijającą się przez gumowy posmak. To niewiele, ale lepsze niż nic, więc okazuje się, że na zimno ta herbata jest lepsza niż na gorąco. Niewiele takich do tej pory spotkałam.
           
             
Podsumowując: nie kupię ponownie.
Opakowanie: 4/10 – papierowe saszetki z wyrywanymi z opakowania kartonikami
Cena: 6/10 – 7,00 zł, w pudełku jest 25 torebek, czyli 28 gr za sztukę
Zapach: 7/10 – słodki, owocowy
Smak na ciepło: 5/10 – niezgodny z opisem, niezbyt dobry
Smak na zimno: 6/10 – po wystudzeniu czuć część owoców


Ocena ogólna: 6/10

wtorek, 26 grudnia 2017

[038] Westcliff: Schneemärchen


(kliknij żeby powiększyć)


Dzień dobry,

            Na termometrze sześć stopni powyżej zera, więc idąc na cmentarz ubrałam się dość lekko i… Zmarzłam straszliwie! Gdyby nie śpiewające ptaki i zielona trawa, to czułabym się jak zimą… :D

            Dzisiaj w kubku drugi świąteczny smak od firmy Westcliff, który też przywędrował do mnie z Chin około czerwca. Na pierwszy rzut oka widać trzy rzeczy: po pierwsze torebka wygląda tak samo z wyjątkiem koloru. Po drugie ta torebka jest lżejsza, bo waży tylko dwa gramy, po trzecie maksymalny czas parzenia jest krótszy. Według instrukcji tę herbatę należy parzyć od pięciu do sześciu minut – temperatura znowu nie jest wypisana, więc znowu zalałam wrzątkiem.

            Te ich nazwy są bardzo konkretne, nie ma co… Tym razem jest to „Śnieżna bajka” o smaku jabłka, cynamonu i migdałów – przynajmniej w teorii.

            Dzisiaj herbata pachnie o wiele lepiej niż wczoraj, ale wciąż niezbyt zachęcająco. Jeśli pamiętacie gumy do żucia Turbo, to jest to podobny zapach. Już kilka razy się z nim spotkałam przy okazji testów, więc nie jest chyba niczym niezwykłym w tych herbatach… Zauważyłam, że w naszych owocowych herbatach dominuje zapach gumy Turbo i smak kwasku cytrynowego… Znowu nie czuć ani jabłka, ani cynamonu ani nawet migdałów.

            Niestety ta herbata też nie jest zbyt dobra. Nie jest zupełnie kwaśna (to plus), ale smakuje zużytą gumą do żucia, więc szału nie ma. Próbowałam ratunku w postaci cukru, ale tylko pogorszył sprawę, więc nie polecam słodzenia.
           
             
Podsumowując: na pewno nie kupię ponownie.
Opakowanie: 5/10 – pudełko z papierowymi saszetkami
Cena: 8/10 – 4 zł, w pudełku jest 20 torebek, czyli 20 gr za sztukę
Zapach: 4/10 – słaby, niezbyt ładny
Smak na ciepło: 4/10 – niezgodny z opisem i niezbyt dobry
Smak na zimno: 4/10 – po wystudzeniu nic się nie zmienia

Ocena ogólna: 4/10


poniedziałek, 25 grudnia 2017

[037] Westcliff: Himmelsstern


(kliknij żeby powiększyć)


Dzień dobry,

            Jak wam mijają świąteczne dni? U mnie było dużo przygotowań po nocach, bo całe dnie spędzam w pracy odkąd zmieniłam ją we wrześniu i w dzień nie było czasu na porządki. Powiem jednak szczerze, że w tym roku czuję magię świąt jeszcze mniej niż dotychczas, co pewnie wiąże się z tym, że Boże Narodzenie to święta, które według tradycji spędza się z bliskimi ludźmi, a ja takich nie mam. W tym roku po raz pierwszy od paru lat nie mam ani jednej takiej osoby, więc generalnie jest mi w tym okresie dość gorzko, mimo że choinka świeci dziesiątkami lampek, a barszcz z uszkami wyszedł tak samo pyszny jak zwykle…

            Dzisiaj przede mną kubek z herbatą, którą sobie zostawiłam specjalnie na święta, bo nazywa się (w moim luźnym, nieprofesjonalnym tłumaczeniu) „Gwiazdka z nieba” i jest o smaku rokitnika, pomarańczy i cynamonu (a przynajmniej tak jest napisane na opakowaniu). Opakowanie jest z rodzaju tych, za którymi nie przepadam, bo niby jest to saszetka, ale papierowa, więc żeby herbata nie wywietrzała przez te pół roku, odkąd przyszła do mnie pocztą z Chin – musiałam ją owinąć folią i pozaklejać. No i napisy są tylko po niemiecku, więc do większości wyrazów musiałam użyć słownika. Należy ją parzyć od pięciu do ośmiu minut, czyli dość długo. Nie było napisane w ilu stopniach, więc zalałam wrzątkiem i trzymałam w nim torebkę przez osiem minut.

            Pierwsze wrażenie było dość średnie, bo herbata nie pachnie zbyt dobrze. Moim pierwszym skojarzeniem był odświeżacz powietrza w publicznej toalecie, a to raczej nie wróży fenomenalnego smaku… Prawda? Na szczęście ze smakiem nie jest tak źle, jak się obawiałam. Nie czuć ani pomarańczy ani cynamonu – ani w smaku ani w zapachu – ale generalnie rzecz biorąc: smak nie jest zły. Wypiłam cały kubek. Herbata jest lekko kwaskowa, ale nie czuć tego typowego dla naszych owocowych herbat kwasku cytrynowego. Może to kwaśność pomarańczy? Nie wykluczam tego, choć jak wspominałam – pomarańczy w smaku nie wyczułam. Jeszcze z ciekawostek: kolor jest ciekawy. Herbata nie jest brązowa po zaparzeniu tylko różowo-brzoskwiniowa. Ciekawe czy to naturalne... :D

            Miałam problem ze znalezieniem ceny tej herbaty w Internecie, bo nie było wyników po wpisaniu producenta i smaku. Znalazłam inną herbatę tego producenta i kosztowała jednego euro, czyli około 4 zł – nie tak źle jak za dwadzieścia saszetek, ale tylko pod warunkiem, że da się ją jakoś kupić… Nie jest zła, ale tak dobra, żeby ściągać ją z Niemiec albo z Chin też zdecydowanie nie jest, więc ja jej raczej nie kupię ponownie.

Mam jeszcze jedną herbatę tej firmy – też jest to jakiś świąteczny smak z tego co pamiętam, więc recenzja może wieczorem. Pozostałe zimowo-świąteczne smaki spróbuję przetestować jutro, a na razie życzę wesołych świąt!

           
             
Podsumowując: raczej nie kupię ponownie.
Opakowanie: 5/10 – pudełko z papierowymi saszetkami
Cena: 8/10 – 4 zł, w pudełku jest 20 torebek, czyli 20 gr za sztukę
Zapach: 5/10 – intensywny, ale niezbyt ładny
Smak na ciepło: 5/10 – przeciętny
Smak na zimno: 5/10 – nadal przeciętny


Ocena ogólna: 5/10

piątek, 1 grudnia 2017

[035] Irving: Cytrynowa


(kliknij żeby powiększyć)


Dobry wieczór,
           
            Jak pewnie większość z was wie – są herbaty (a raczej: napoje herbaciane) w plastikowych butelkach, które można sobie kupić w sklepie i popijać bez parzenia. Ja je kupuję bardzo rzadko, ale jeśli mam do wyboru tylko taką cytrynową albo brzoskwiniową herbatę, albo słodki, gazowany napój (pozdrawiam w tym miejscu automaty z napojami na Politechnice Warszawskiej – można umrzeć z pragnienia, a wody nie znajdziesz), to wybieram mimo wszystko herbatę. W smaku są bardzo fajne, mimo że obok prawdziwej herbaty pewnie nawet nie stały (w sklepie też nie stoją :D). I właśnie z tą myślą zabieram się od jakiegoś czasu za Irvinga o smaku cytryny – po cichu miałam nadzieję, że będzie smakował podobnie.

            Kupiłam w supermarkecie opakowanie osiemnastu saszetek – po trzy sztuki każdego z sześciu smaków. Do testów idealne rozwiązanie, więc jeśli tylko takie mieszanki spotykam, to zawsze biorę. Takie opakowanie z mieszanką jest co prawda trochę droższe niż pudełko z dwudziestoma saszetkami tego samego rodzaju, ale i tak bardziej się opłaca taki zakup niż sześć osobnych pudełek.

            W instrukcji obsługi napisano, że torebkę należy zalać wrzątkiem i trzymać w nim od trzech do pięciu minut – tak zrobiłam. Zaparz przed zaparzeniem jest bardzo słabo wyczuwalny, za to po zaparzeniu czuć bardzo mocno skórkę cytrynową. Nie jest to zapach herbaty z butelki, więc i tego smaku przestałam się spodziewać, ale ogólnie rzecz biorąc zapach jest ładny i zachęcający. W składzie jest sok z cytryny i skórka cytrynowa, więc znowu wszystko wskazuje na to, że to naturalny smak, zwłaszcza że pomiędzy fusami przewijają się małe, żółte kawałki owoców.

            Trochę się obawiałam, że w smaku czuć będzie ten wszechobecny kwasek cytrynowy, którego inni dosypują nawet do wiśniowej herbaty, ale spotkało mnie miłe zaskoczenie, bo herbata w ogóle nie jest kwaśna. Profilaktycznie przygotowałam sobie saszetkę z cukrem, bo spodziewałam się bardzo kwaśnego smaku, a tu niespodzianka, bo nie jest nawet troszkę kwaśna. Bardzo fajnie, bo ja nie przepadam za owocowymi herbatami, które smakują tylko kwaskiem cytrynowym. Cytrynowa herbata wyjątkowo akurat mogłaby być odrobinę kwaśna, ale mając do wyboru bardzo kwaśną sztucznym kwaskiem albo wcale niekwaśną – wolę tę drugą, także smak jak dla mnie na plus.

             
Podsumowując: raczej kupię ponownie.
Opakowanie: 8/10 – pudełko z saszetkami
Cena: 6/10 – 7.99, w pudełku jest 18 torebek, czyli 44 gr za sztukę
Zapach: 8/10 – ładny, intensywny, prawdziwy
Smak na ciepło: 7/10 – mocno czuć skórkę cytryny, nie jest kwaśna
Smak na zimno: 6/10 – im chłodniejsza tym smak mniej intensywny


Ocena ogólna: 7/10

sobota, 25 listopada 2017

[34] Zylanica: Owoce egzotyczne


(kliknij żeby powiększyć)


Dobry wieczór!

            Kupiłam ostatnio kolejną herbatę – głównie dlatego, że miała bardzo ładne opakowanie (metalową puszkę jak widać z bardzo fajnym spodem wieczka). Sprzedawca powiedział mi, że to herbata w torebkach, na spodzie puszki jest napisane w instrukcji parzenia, że należy torebkę włożyć do kubka i zalać wrzątkiem, a później trzymać w nim od trzech do pięciu minut. Niestety po otwarciu puszki okazało się, że w środku nie ma torebek – herbata jest liściasta, sypana, z kawałkami owoców i suszonymi płatkami, więc pod tym względem jestem bardzo rozczarowana, bo bardzo nie lubię fusów, a nie mam zaparzacza.

            Jeśli zaś chodzi o resztę, to jestem skłonna powiedzieć, że herbata jest niezła. Pachnie fenomenalnie – jak delicje cytrynowe. Herbata jest czarna z dodatkiem kawałków limonki i cytryny oraz płatków nagietka. Pachnie wręcz obłędnie! Niestety nie miałam jak wyjąć liści po pięciu minutach, więc spodziewałam się, że herbata będzie bardzo gorzka i w zasadzie niewiele się pomyliłam. To jest jednak taka gorycz, która znika po dodaniu odrobiny cukru, więc nadal nie jest źle.

            Jeżeli chodzi o smak owoców, to jestem umiarkowanie zadowolona – niby jest, więc to już plus sam z siebie, ale dosyć słabo go czuć na gorąco, bo na gorąco przeważa smak herbaty. Po wystygnięciu owoce są o dziwo bardziej wyczuwalne. Kolejny plus jest taki, że wśród liści herbaty naprawdę widać całe płatki nagietka i dosyć spore kawałki owoców, więc zakładam w takim razie, że ten smak i powalający zapach nie pochodzą z perfum tylko z natury. Dla samego tego zapachu warto było kupić tę herbatę i warto będzie kupić pozostałe z serii – w sumie jest ich pięć i po złożeniu razem składają się na kwiatka. Zamówiłam sobie już komplet na święta, mimo że spodziewam się znowu liści bez torebek, ale dokupię zaparzacz i może jakoś przetrwam. Jeżeli ktoś ma pozostałe smaki z tej serii herbaty w torebkach, to chętnie się wymienię nawet jeśli torebki nie mają saszetek.

            Pudełko ma 100 gramów i kosztuje sporo, bo 18 zł (można też zapłacić 80 zł za komplet – wtedy jest trochę taniej w przeliczeniu na jedną sztukę). Wystarczy na mniej więcej pięćdziesiąt porcji napoju, więc w zasadzie dosyć podobnie do saszetek, które do tej pory testowałam.

           
            Podsumowując: na pewno kupię ponownie.
Opakowanie: 5/10 – szczelne pudełko z herbatą sypaną
Cena: 7/10 – 18 zł za 100 gramów, czyli 36 gr za porcję.
Zapach: 10/10 – bardzo ładny i intensywny
Smak na ciepło: 7/10 – musiałam posłodzić, ale jest dobry,
Smak na zimno: 8/10 – bardziej intensywny niż na ciepło

Ocena ogólna: 8/10