Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 05/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 05/10. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 stycznia 2018

[047] Bifix: Miód + imbir


(kliknij żeby powiększyć)

Dobry wieczór,

            Jeszcze trzy recenzje i konkurs, którego zasady i nagrody są już przygotowane. Nie mogę się doczekać…!

            Nasypało dzisiaj dużo śniegu, więc siedzę i marznę, a ponieważ dodatkowo też się nudzę, to zrobiłam to co zawsze, gdy myślę o blogu – herbatę ;)

            Wybór padł na miodowo-imbirową firmy Bifix, głównie dlatego, że miałam ochotę na coś pomarańczowego, a że pomarańcze są nadrukowane na torebkę, to uznałam, że będzie ona dobrym wyborem. Zwłaszcza, że zawiera też rozgrzewający imbir (za którym nie przepadam) i miód, który może pomoże na moje bolące gardło. Pomarańczy jest zresztą więcej w składzie niż miodu albo imbiru, także należy jej się chyba udział w tagach.

            Torebkę należało zalać wrzątkiem i trzymać w nim od trzech do pięciu minut – ja trzymałam pięć.
Herbata pachniała dość kiepsko, gdy wyjęłam ją z saszetki – przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy nie jest przypadkiem przeterminowała, bo pachniała stęchlizną. Przeterminowana nie była, więc zaryzykowałam.

            Po zaparzeniu stęchlizna nie jest wyczuwalna, czuć za to lekko kardamon, którego nie ma w składzie. Może więc dodano tylko aromat – trudno powiedzieć. Generalnie rzecz biorąc – zapach nie jest jakiś bardzo miły, bo czuć tylko kardamon (którego – podkreślam – nie ma w składzie), który jest dosyć drażniący. Plus (dla mnie) jest taki, że nie czuć imbiru, za którym nie przepadam, choć chyba powinien być, skoro to herbata imbirowa, prawda?

            W smaku napar jest kwaskowy, chyba tak jak zazwyczaj raczej nie czuję cytryny tylko kwasek cytrynowy. Zauważyłam, że im herbata chłodniejsza (ewentualnie im więcej się jej wypiło), tym kwaśniejsza jest i – o dziwo – tym razem posłodzenie nie pomogło, bo po dosypaniu sporej łyżeczki cukru czuć było słodycz, po której przychodziła kwaśność. Dziwne i chyba niezbyt fajne. Jeśli chodzi o imbir, to znowu jest tak jak przy okazji wspominania o zapachu – w smaku imbiru nie czuć, ale czuć lekkie rozgrzewanie. Nie wiem czy to za sprawą temperatury napoju czy jednak tego okropnego korzenia, ale możemy założyć, że to drugie, bo herbatę zwykle piję dopiero wtedy, gdy trochę przestygnie i nie parzy przełyku.

            Ogólnie nie jest to jakiś fenomenalny smak, choć żeby był najgorszy to też nie można powiedzieć. Najlepszym określeniem chyba byłoby stwierdzenie, że jest przeciętny. Herbatę można dopić, gdy się ją już zaparzyło (i lepiej to zrobić, bo duszący zapach kardamonu nie słabnie), ale żeby specjalnie do niej wracać, to raczej nie. Przynajmniej ja nie zamierzam.
             
Podsumowując: raczej nie kupię ponownie.
Opakowanie: 8/10 – foliowe, zgrzane, szczelne
Cena: 7/10 – 5.34, w pudełku jest 20 saszetek, czyli 27 gr za sztukę
Zapach: 5/10 – intensywny, ale niezgodny z opisem
Smak na ciepło: 5/10 – głównie kwaśny
Smak na zimno: 5/10 – bez zmian


Ocena ogólna: 5/10

poniedziałek, 25 grudnia 2017

[037] Westcliff: Himmelsstern


(kliknij żeby powiększyć)


Dzień dobry,

            Jak wam mijają świąteczne dni? U mnie było dużo przygotowań po nocach, bo całe dnie spędzam w pracy odkąd zmieniłam ją we wrześniu i w dzień nie było czasu na porządki. Powiem jednak szczerze, że w tym roku czuję magię świąt jeszcze mniej niż dotychczas, co pewnie wiąże się z tym, że Boże Narodzenie to święta, które według tradycji spędza się z bliskimi ludźmi, a ja takich nie mam. W tym roku po raz pierwszy od paru lat nie mam ani jednej takiej osoby, więc generalnie jest mi w tym okresie dość gorzko, mimo że choinka świeci dziesiątkami lampek, a barszcz z uszkami wyszedł tak samo pyszny jak zwykle…

            Dzisiaj przede mną kubek z herbatą, którą sobie zostawiłam specjalnie na święta, bo nazywa się (w moim luźnym, nieprofesjonalnym tłumaczeniu) „Gwiazdka z nieba” i jest o smaku rokitnika, pomarańczy i cynamonu (a przynajmniej tak jest napisane na opakowaniu). Opakowanie jest z rodzaju tych, za którymi nie przepadam, bo niby jest to saszetka, ale papierowa, więc żeby herbata nie wywietrzała przez te pół roku, odkąd przyszła do mnie pocztą z Chin – musiałam ją owinąć folią i pozaklejać. No i napisy są tylko po niemiecku, więc do większości wyrazów musiałam użyć słownika. Należy ją parzyć od pięciu do ośmiu minut, czyli dość długo. Nie było napisane w ilu stopniach, więc zalałam wrzątkiem i trzymałam w nim torebkę przez osiem minut.

            Pierwsze wrażenie było dość średnie, bo herbata nie pachnie zbyt dobrze. Moim pierwszym skojarzeniem był odświeżacz powietrza w publicznej toalecie, a to raczej nie wróży fenomenalnego smaku… Prawda? Na szczęście ze smakiem nie jest tak źle, jak się obawiałam. Nie czuć ani pomarańczy ani cynamonu – ani w smaku ani w zapachu – ale generalnie rzecz biorąc: smak nie jest zły. Wypiłam cały kubek. Herbata jest lekko kwaskowa, ale nie czuć tego typowego dla naszych owocowych herbat kwasku cytrynowego. Może to kwaśność pomarańczy? Nie wykluczam tego, choć jak wspominałam – pomarańczy w smaku nie wyczułam. Jeszcze z ciekawostek: kolor jest ciekawy. Herbata nie jest brązowa po zaparzeniu tylko różowo-brzoskwiniowa. Ciekawe czy to naturalne... :D

            Miałam problem ze znalezieniem ceny tej herbaty w Internecie, bo nie było wyników po wpisaniu producenta i smaku. Znalazłam inną herbatę tego producenta i kosztowała jednego euro, czyli około 4 zł – nie tak źle jak za dwadzieścia saszetek, ale tylko pod warunkiem, że da się ją jakoś kupić… Nie jest zła, ale tak dobra, żeby ściągać ją z Niemiec albo z Chin też zdecydowanie nie jest, więc ja jej raczej nie kupię ponownie.

Mam jeszcze jedną herbatę tej firmy – też jest to jakiś świąteczny smak z tego co pamiętam, więc recenzja może wieczorem. Pozostałe zimowo-świąteczne smaki spróbuję przetestować jutro, a na razie życzę wesołych świąt!

           
             
Podsumowując: raczej nie kupię ponownie.
Opakowanie: 5/10 – pudełko z papierowymi saszetkami
Cena: 8/10 – 4 zł, w pudełku jest 20 torebek, czyli 20 gr za sztukę
Zapach: 5/10 – intensywny, ale niezbyt ładny
Smak na ciepło: 5/10 – przeciętny
Smak na zimno: 5/10 – nadal przeciętny


Ocena ogólna: 5/10

sobota, 2 grudnia 2017

[036] Irving: Malinowa


(kliknij żeby powiększyć)

Dobry wieczór,
           
            Zachęcona wczorajszą zaskakująco dobrą, choć inną w smaku od spodziewanej, herbatą cytrynową od tej samej firmy, sięgnęłam dziś po malinową z tego samego pudełka, o którym wspomniałam wczoraj. Malinowa herbata, albo herbata z sokiem malinowym, to jest coś, co bardzo lubię w zimowe, śnieżne wieczory – takie jak ten. Byłam dziś na cudownym targu świątecznym, na którym zrobiłam pierniczka, dostałam magnes i wysłałam w świat czterdzieści pocztówek niedostępnych nigdzie indziej. Rozmawiałam też ze Świętym Mikołajem, który dzwonił dzwonkiem no i widziałam osiołka – innymi słowy to była bardzo udana sobota, choć zmarzłam na kość.

            Tym razem wybrana herbata jest herbatą zieloną, więc nie będzie tak gorąca, jakbym chciała, żeby dzisiaj była, bo parzy się ją przez minutę albo dwie (ja parzyłam dwie) w temperaturze między osiemdziesięcioma a dziewięćdziesięcioma stopniami. Moja miała osiemdziesiąt pięć, jeśli można wierzyć moim fizycznym wyliczeniom, które przygotowałam na papierze przed zagotowaniem wody :)

            Zaczynając od początku: zapach był bardzo zachęcający – herbata po zalaniu wodą pachniała bardzo intensywnie sokiem malinowym – takim właściwie syropem, który można kupić w supermarkecie. Nie jest to może najbardziej naturalny zapach malinowy, jaki może być, ale mimo to ten zapach malinowy lubię najbardziej. Z żalem stwierdzam, że sok domowej roboty nie pachnie aż tak ładnie.

            Jeśli chodzi o smak herbaty, to jestem bardzo rozczarowana, bo malin nie czuć wcale! Herbata na szczęście nie smakuje kwaskiem cytrynowym, ale nie smakuje tak naprawdę niczym oprócz herbaty. Zwykła zielona herbata o zapachu malin – wielka szkoda, bo wiązałam nadzieje z tymi saszetkami! Jedyny plus jest taki, że herbata jest dość delikatna – nie czuć goryczy, no ale to nie czarna, tylko zielona, więc w zasadzie to żadna niespodzianka.

             
Podsumowując: raczej nie kupię ponownie.
Opakowanie: 8/10 – pudełko z saszetkami
Cena: 6/10 – 7.99, w pudełku jest 18 torebek, czyli 44 gr za sztukę
Zapach: 8/10 – ładny, intensywny
Smak na ciepło: 5/10 – nie czuć malin
Smak na zimno: 4/10 – po wystygnięciu zupełnie neutralna


Ocena ogólna: 5/10

środa, 1 listopada 2017

[32] Dilmah: Karmel


(kliknij żeby powiększyć)

Dzień dobry,
           
            Zmarzłam dziś na cmentarzu, więc tuż po powrocie natychmiast sięgnęłam po herbatę. Tę konkretną dostałam w sobotę – w prezencie na przyjęciu urodzinowym, a ponieważ od razu musiałam rozpakować, to postanowiłam też przetestować, bo jeszcze nie zdążyłam jej schować do pudełka. Recenzja szybka, bo goście tuż za progiem...!

            Czas parzenia powinien się wahać od trzech do pięciu minut, woda powinna być wrząca. Powiem wam szczerze, że zapach przed zaparzeniem nie jest zbyt zachęcający. Herbata pachnie bardzo intensywnie, gorzko i cierpko, choć powinna być karmelowa, czyli teoretycznie słodka, bo cukrowa.

            Jeżeli chodzi o smak, to jestem trochę rozczarowana, bo smakuje jak zwykła czarna herbata – po prostu. Nie jest może tak gorzka jak zwykła czarna herbata, ale nie jest ani karmelowa ani słodka. Gdzieś tam z tyłu czuć po przełknięciu posmak karmelu, ale to pewnie przez zapach, bo niestety nie w smaku. Jedyny plus jest taki, że ten mocny i gorzki zapach, który pojawił się po otworzeniu foliowej torby z herbatą zniknął po zaparzeniu.

             
Podsumowując: raczej nie kupię ponownie.
Opakowanie: 3/10 – pudełko z torebkami leżącymi luzem, czyli bez saszetek
Cena: 2/10 – 7.90, w pudełku jest 20 torebek, czyli 40 gr za sztukę
Zapach: 4/10 – cierpki i duszący
Smak na ciepło: 7/10 – niezbyt intensywny
Smak na zimno: 5/10 – jeszcze mniej wyczuwalny


Ocena ogólna: 5/10

sobota, 14 października 2017

[030] Lipton: Jagodowa babeczka


(kliknij żeby powiększyć)

Dobry wieczór,

            Wreszcie udało mi się zdobyć drugą z babeczkowo-owocowych smaków Liptona, więc kolejna pozycja z moich poszukiwanych herbat odhaczona.

            Pamiętam poprzednią – była z tej samej serii, ale ta jest czarna (poprzednia była zielona). Parzy się ją tak samo, bo we wrzątku od dwóch do trzech minut, ale efekt jest dużo gorszy niż poprzednio.

            Herbata bardzo ładnie pachnie po zalaniu wodą – naprawdę czuć świeżo pieczone ciasto i jagody – ale na tym się właściwie kończą jej zalety, bo w smaku przypomina raczej mocno zużytą owocową gumę do żucia. Bardzo się zawiodłam, bo poprzednia (truskawkowa) była naprawdę bardzo dobra… Dodatkowo jeszcze czuć w tej herbacie gorycz – nie aż tak intensywną jak zwykle przy okazji picia czarnej herbaty (dodatki to pewnie złagodziły), ale jednak czuć, więc raczej nie będę jej pić ponownie.

            Dzisiaj krótka recenzja, bo właściwie nie ma o czym mówić – herbata smakuje jak przeżuta guma do żucia, jest gorzkawa i słodzenie w niczym nie pomaga. Jeśli ktoś chce alternatywy dla świeczki zapachowej, to można kupować i parzyć, ale do picia raczej nie polecam – zwłaszcza, że jest droga :)


             
Podsumowując: na pewno nie kupię ponownie.
Opakowanie: 3/10 – pudełko z torebkami leżącymi luzem, czyli bez saszetek
Cena: 5/10 – 7.99, w pudełku jest 20 torebek, czyli 40 gr za sztukę
Zapach: 7/10 – ładny, zgodny z opisem z pudełka
Smak na ciepło: 4/10 – kiepski, niezgodny z opisem
Smak na zimno: 4/10 – bez zmian

Ocena ogólna: 5/10


środa, 27 września 2017

[023] G-tea: Złote kopuły Moskwy

(kliknij żeby powiększyć)


Dzień dobry!

            Ośmieszania się ciąg dalszy… Dzisiaj w kubku pływa mi tajemnicza piramidka z firmy „g”, którą dostałam pocztą. Nie było żadnej innej informacji poza tym, że parzyć należy od trzech do pięciu minut. Zalałam więc wrzątkiem i trzymałam w kubku pięć minut, bo skoro dostałam wyzwanie w postaci zgadnięcia smaku, to chciałam, żeby był intensywny nawet jeśli miałby być gorzki.

            Przed zaparzeniem torebka pachniała zwyczajnie, jak zwykła czarna herbata, po zaparzeniu niestety też, więc obawiałam się, że ktoś mi tylko zrobił psikusa i że tak naprawdę nie było tam nic do odkrycia :D Na szczęście się jednak myliłam, bo po pierwszym łyku wyczułam niesłodki i niekwaśny owoc. Chyba takie owocowe herbaty lubię najbardziej. Do tej pory w większości przypadków owocowe herbaty były po prostu bardzo kwaśne. Ta taka nie jest, więc to spory plus. Im więcej jej wypiłam tym bardziej wyczuwałam śliwkę. Odszukałam później na stronie producenta skład herbat, więc po smaku, który wyczułam doszłam do jego nazwy. Nazwa wydaje mi się niezbyt dopasowana – bo co wspólnego mają złote kopuły w Moskwie z suszonymi śliwkami? – ale zauważyłam, że wszystkie nazwy tych herbat są takie eleganckie i wymyślne. Niestety nic nie mówią o zawartości, więc poza funkcją dekoracyjną w zasadzie się nie przydają.

            Podsumowując – herbata jest przeciętna. Ma dość mocny, gorzki zapach czarnej herbaty, ale w smaku nie czuć tej goryczy aż tak bardzo jak się spodziewałam po zapachu. Czuć też lekko przydymione śliwki, bez słodyczy i bez kwaskowości – całkiem w porządku, choć na pewno nie trafi na listę moich ulubieńców.


            Podsumowując: raczej nie kupię ponownie.
Opakowanie: 3/10 – torebki bez saszetek
Cena: 7/10 – 5.00 za 20 saszetek, czyli 25 gr za sztukę; duży plus za nieduże opakowanie
Zapach: 4/10 – pachnie gorzką czarną herbatą
Smak na ciepło: 6/10 – ciekawy
Smak na zimno: 5/10 – neutralny


Ocena ogólna: 5/10

poniedziałek, 25 września 2017

[022] Malwa: Earl Grey


(kliknij żeby powiększyć)

Dobry wieczór;

            Czas zacząć na blogu epokę maksymalnego nieprofesjonalizmu… Nie jestem herbacianym smakoszem, nie jestem też znawcą i wielu rzeczy nie wiem, które być może każdy wiedzieć powinien. Nie lubię też zwykłej czarnej herbaty, bo jest dla mnie tylko gorzka i nic więcej. Epoka nieprofesjonalizmu zagościła, ponieważ sięgnęłam dziś po jedną z czarnych herbat bez dodatków, którą mam.

            Obawiam się, że nie mam nic konstruktywnego do powiedzenia, więc post będzie krótki i żałosny, ale miejmy to już za sobą.

            Dzisiaj na tapecie Earl Grey od Malwy, ponieważ zauważyłam w sklepie coś, na co od dawna polowałam, czyli kokosowe ptasie mleczko w białej czekoladzie. Ponieważ rok temu mi się nie udało upolować, to w tym nie odpuściłam i wzięłam je jak tylko zauważyłam. Zajmuje trzecie miejsce na moim podium słodyczy (drugie zajmuje twix w białej polewie a pierwsze ptasie mleczko w karmelowej polewie). Więcej słodkich słodyczy nie lubię, więc to duże wyróżnienie. Oczywiście musiałam natychmiast rozpakować pudełko i spróbować, więc natychmiast zrobiło mi się bardzo słodko. Herbata bez dodatków miała to trochę zredukować…

            Nie mam pojęcia czym się różni Earl Grey od zwykłej czarnej herbaty (próbowałam znaleźć tę informację w Internecie, ale z miernym skutkiem). Po obrazkach wnioskuję, że różnica tkwi w kwiatach, ale może nie będę się w to zagłębiać, skoro nie mam o tym pojęcia.

            Spodziewałam się jak zwykle goryczy i niczego więcej, ale byłam mile zaskoczona, bo herbata nie była gorzka. Należy tę torebkę trzymać we wrzątku od trzech do pięciu minut – ja tym razem nie wytrwałam do górnej granicy – wyjęłam torebkę z kubka po czterech minutach. Można dlatego napar nie był gorzki.  Był za to trochę… trawiasty. Z posmakiem płynu do naczyń (którego nie używam, bo mam zmywarkę, więc to nie moja wina, że herbata smakowała Ludwikiem)… Bardziej jednak czuć trawę. Czy młode pędy herbaty smakują jak trawa? Nie mam pojęcia, ale ponieważ wszystko jest lepsze od goryczy, to smak na plus.

            Jeśli chodzi o zapach to prawie nie było czuć ani przed zaparzeniem ani po, więc chyba neutralnie.

            Mam tych czarnych herbat sporo (z osiem różnych co najmniej), więc mam nadzieję, że przy następnej saszetce poczuję różnicę… Na razie jest neutralnie. Nie jest tak źle, jak się spodziewałam, że będzie – ale nie jest też na tyle dobrze, żebym chciała do tego wracać.
             
Podsumowując: raczej nie kupię ponownie.
Opakowanie: 5/10 – saszetki są ładne, ale papierowe i nieszczelne
Cena: 8/10 – 3.98 zł, w pudełku jest 20 sztuk, czyli 20 gr za sztukę
Zapach: 5/10 – słabo wyczuwalny
Smak na ciepło: 6/10 – niezbyt dobry, ale da się wypić
Smak na zimno: 5/10 – bardziej gorzki niż na ciepło


Ocena ogólna: 5/10

niedziela, 13 sierpnia 2017

[008] Malwa: Imbir


(kliknij żeby powiększyć)


Dobry wieczór!

            Chyba powoli zaczynają się długie, jesienne, chłodne i herbaciano-kakaowo-filmowe wieczory. Na dworze osiemnaście stopni, a mnie trochę boli żołądek, więc dzisiaj sięgnęłam po zieloną herbatę z dodatkiem imbiru. Nie przepadam za imbirem – korzenia nie dodaję ani do herbaty, ani do wody, nie używam też syropu z imbiru. Niewielkie ilości korzenia toleruję tylko w jednej azjatyckiej potrawie i to pewnie dlatego, że poza nim jest mnóstwo składników, które sprawiają, że prawie go nie czuć.

To się nie zapowiada zbyt dobrze, ale dzisiaj chciałam, żeby to była zielona herbata. Wybór padł na Malwę, bo mają prawie najgorsze opakowania ze wszystkich herbat, które posiadam. Gorsze od nieszczelnego papieru są tylko torebki, które w ogóle nie mają swoich saszetek. Postaram się więc najpierw przetestować to, co ma największe szanse na wywietrzenie, żeby do tego nie dopuścić.

            Ta zielona herbata to pierwsza, której nie parzy się w stu stopniach. Tę torebkę trzeba zalać wodą o temperaturze dziewięćdziesięciu stopni i trzymać w niej od dwóch do trzech minut. Czyli ta jak na razie wymaga najmniejszej obróbki termicznej. Duży plus za to, że na opakowaniu jest wypisany skład (i to całkiem niezły skład, z tego co widzę).

            W smaku herbata niestety nie jest dobra. W składzie są wypisane aromaty (nie jest sprecyzowane czy są sztuczne, czy naturalne, ale myślę, że gdyby były naturalne, to by to pewnie odnotowano). Gdy piłam tę herbatę to czułam się tak, jakbym piła wodę z perfumami. Na szczęście imbir (czy też perfumy) nie piecze w język tak jak korzeń, albo jak sok, ale to tylko sprawia, że herbaty nie określam jako okropnej, tylko po prostu jako niesmaczną.

            Dla mnie zaletą jest, że nie czuć imbiru, bo go nie lubię, no ale jednak w ocenie trzeba to uwzględnić, bo herbata imbirowa powinna smakować imbirem. Ta w zasadzie nie smakuje niczym oprócz sztucznych perfum. Smak się odrobinę poprawia, gdy herbata wystygnie – im chłodniejsza jest, tym mniej czuć w smaku perfumy. Imbiru nie czuć ani na ciepło ani na zimno. Ogólnie raczej nie polecam.



Podsumowując: raczej nie kupię ponownie.
Opakowanie: 5/10 – saszetka papierowa, ale z instrukcją i składem po polsku
Cena: 8/10 – 5.95, w pudełku jest 20 saszetek, czyli 30 gr za sztukę
Zapach: 7/10 – delikatny, ale świeży i lekko kwaśny
Smak na ciepło: 4/10 – czuć perfumy
Smak na zimno: 5/10 – prawie nie czuć perfum, ale imbiru też nie


Ocena ogólna: 5/10




niedziela, 6 sierpnia 2017

[006] Carrefour: Owoce leśne


(kliknij żeby powiększyć)

Dobry wieczór!


            Mam wrażenie, że trochę za często piszę posty, ale korzystam z tego, że mam na to ochotę, dodatkowo pamiętając też o tym, że im dłużej herbaty leżą razem w pudełku, tym mocniej przechodzą nawzajem swoimi zapachami. Dzisiaj policzyłam saszetki, które jeszcze mam – jest ich około sześćdziesięciu (z czego może czterdzieści procent bez szczelnych, foliowych torebek), więc przy jednej recenzji tygodniowo wystarczyłoby ich na niecałe półtora roku – to sporo. Zwłaszcza, że w ostatnich dniach wymieniłam się z kilkoma osobami i w drodze do mnie jest około czterdziestu nowych smaków herbat. Mam nadzieję, że uda mi się wypracować jakąś regularność w pisaniu, ale na razie jeszcze badam co jest najwygodniejsze. Jeśli uznam, że publikacje są zbyt często, to po prostu nadal będę pić i pisać wtedy, kiedy przyjdzie ochota – tylko bez publikacji. Na razie mam wrażenie, że trochę za często coś wstawiam, ale jeszcze nie wiem, czy to źle… :D


Do rzeczy! Dzisiaj przyszedł czas na saszetkę wyprodukowaną dla hipermarketu, a nie dla znanego dystrybutora kojarzonego z herbatą. Ciekawa jestem czy będzie to miało znaczący wpływ na jakość…


            Herbata jest oryginalna już na dzień dobry, bo perforacje ułatwiające otwieranie są na dole a nie na górze, czyli saszetka zwęża się w przeciwną stronę niż wszystkie inne, które do tej pory otwierałam. Pachnie intensywnie już przed zaparzeniem, a zapach jest bardzo ładny. Nie mogę jednoznacznie rozpoznać dominującego owocu – rzeczywiście pachnie owocami leśnymi, ale nie wiem, którym najbardziej. Wadą opakowania jest to, że z obu stron jest takie samo – z obu stron jest przód. Nie ma żadnego tyłu, na którym byłoby napisane ile czasu trzeba parzyć, albo jak gorącej wody do tego użyć, więc zdałam się na intuicję i zalałam wrzątkiem, a później trzymałam torebkę w kubku przez pięć minut. To chyba była całkiem niezła decyzja, bo smak jest po takim czasie wystarczająco intensywny.

Lekko kwaśny, owocowy. Zapach po zaparzeniu zmienił się na dość mdły, ale ogólnie nie jest tak źle. Nadal nie czuć dominującego owocu, a w smaku dominuje chyba po prostu kwaśność. Po dosypaniu odrobiny cukru cały kwasek natychmiast zniknął i został tylko ten leśny posmak w ustach. Po wypiciu prawie całego kubka doszłam do wniosku, że najbardziej w smaku chyba czuć poziomkę. Zapach niestety pozostał dla mnie zagadką.


Sporym minusem jest to, że mniej więcej pół godziny po wypiciu tej herbaty czułam jakiś dziwny ucisk w żołądku – ponieważ nic wcześniej nie jadłam, to zakładam, że to przez herbatę, a to dość niepokojące. Mam inne wyprodukowane dla Carrefoura, więc sprawdzę to…


Podsumowując: raczej nie kupię ponownie.
Opakowanie: 5/10 – saszetka foliowa, ale bez instrukcji obsługi
Cena: 8/10 – 3.79, w pudełku jest 20 saszetek, czyli 19 gr za sztukę
Zapach: 5/10 – przed zaparzeniem pachnie ładnie, po zaparzeniu średnio
Smak na ciepło: 5/10 – dominuje kwaśność z posmakiem owoców
Smak na zimno: 6/10 – trochę bardziej kwaśna, trochę bardziej czuć owoce

Ocena ogólna: 5/10